"Żyj mądrze. Baw się, bo jesteś w wieku który jest do tego stworzony, ale miej przed oczami zawsze przyszłość, myśl o konsekwencjach swoich czynów. Kochaj ludzi, ciesz się nimi, szukaj przygód. Nie daj się zaszufladkować, rób co podpowiada Ci serce, ale myśl przy tym co robisz."
Nie wiedząc czemu, patrząc na swoje życie wyobraziłem sobie powyższą rozmowę z moim nastoletnim synem za xx lat. Dziwne, prawda? Pomyślałem o swoim dotychczasowym życiu, że w sumie to miałem szczęście, bo decydując o swoim życiu, kiedy jest się największym kretynem, udało mi się nie zrobić nic głupiego, czego bym dzisiaj żałował. W sumie - pomyślałem - ciężko narobić głupot, kiedy żyje się tak zachowawczo i bez polotu jak ja. Zostałem wtłoczony przez rodziców w szablon, narzucony w dużej mierze przez społeczeństwo w którym żyjemy. Szablon, a może lepiej brzmi gorset, w który doskonale się wpasowałem, aż jego sznurki zrosły się z moim ciałem, tak że już nie da się go zdjąć. A nawet jeżeli by się udało to wymaga to wielkiej odwagi której mi brak. Nawet nie wiem, czy chciałbym to zrobić. Czy mam to rodzicom za złe? W żadnym wypadku, dzięki nim mam wykształcenie i zawód, a nade wszystko nie namieszałem sobie w życiu. Czasem zastanawiam się tylko, czy to zawsze jest dobre że tej młodej osobie tłucze się do głowy następujący schemat: podstawówka, liceum, studia, ślub (najlepiej kościelny), dziecko (a najlepiej co najmniej dwoje) ect. Czy ta, bądź co bądź w sumie dosyć bezpieczna droga, nie odbiera za dużo życia, swobody, indywidualności? Czy da się pokierować jakoś inaczej dziecko, tak aby mogło bezpiecznie przejść przez życie, wybierając jednak własną drogę (nie mówię o wyborze między liceum ogólnokształcącym a profilowanym). Te wszystkie dylematy nie kwestionują tego że jestem szczęśliwy, głównie dzięki Aniusi. Jednak, może świat by się nie zawalił jakbym po studiach wyjechał poznać trochę świata, a potem wrócił lub nie i robił dalej co uważam za słuszne? Zastanawiam się na ile to była kwestia indywidualnych cech, a na ile ukierunkowanie przez wzorce narzucone z wewnątrz. A miało być o przemijaniu. Może to kiedy indziej, bo już późno i nie będę mógł spokojnie zasnąć. Miał być testament życia, było o życiu. Może i dobrze, chrzanie odkładanie na emeryturę.
Na koniec piosenka krażąca w okół tej tematyki
Tylko nielicznym udaje się (a może wychodzi im to trochę przypadkiem?) wybić poza schemat, powiedzieć utartym szlakom nie i wieść życie po swojemu. Mogłoby się wydawać, że tylko nieliczni mogą sobie na to pozwolić, bo przecież większość z nas żyje pchając codzienny kierat. Jednak może to wcale nie koniec świata? Nawet, jeśli brak zdecydowania czy odwagi, by zerwać z ustalonym trybem życia, by postawić świat na głowie i zmienić swoje życie o przynajmniej 120 stopni, to być może wystarczy taka doza wolności jaką jesteśmy sobie w stanie wywalczyć, nawet tkwiąc na stałe w tym ''gorsecie''? Zrealizować marzenia z dzieciństwa, zrobić rzeczy, które tkwią gdzieś w zakamarkach duszy, ale boimy się wyprowadzić je na światło dzienne, zmienić swoje priorytety... zawsze jednak obowiązuje ''coś za coś'' i trzeba rozważyć, czy chce się zrezygnować z jako takiej stabilności i porządku, zaryzykować i pójść w nieznane. Jeżeli tak, a na dodatek można liczyć na czyjeś wsparcie i obecność, to nie ma na co czekać, szkoda każdego dnia!
OdpowiedzUsuń