wtorek, 8 stycznia 2013

Przystanek

Pusto. Po cichych ulicach tylko co jakiś czas przemyka parę liści. Nie wiem za czym gonią, ale słyszę jak uchodzi z nich życie. Żółte światła sygnalizacji drogowej pulsują rytmicznie jakby wybijały puls miasta. Żywego, lecz uśpionego. Wszak miasto też musi odpocząć. Przechodzę chodnikiem ze słuchawkami na uszach myśląc o dzisiejszej nocy.

Parę godzin wcześniej, ku wielkiej uldze pasażerów, rozpędzone opony dotknęły z jękiem niespotykanie ciepłego jak na grudzień asfaltu pasa startowego. Lot minął spokojnie. Trochę snu, trochę książki, latający cyrk...przepraszam, sklep linii lotniczej oferujący co piętnaście minut nowe doskonałości ze swojego katalogu od bułki z parówką po drogie perfumy, wszystko po cenach tak wysokich jak pułap przelotowy Air Busa A320. Jest 15 stopni, słońce, bezchmurne niebo. ¡Bienvenido en España! Koszmar dopiero miał się rozpocząć.

Spaceruję ze słuchawkami na uszach, zatopiony w swoim własnym świecie z Lucy. Mijam rzędy motocykli, skuterów, rowerów, które schowały się przed nocą pod koronami platanów. Co chwile przejeżdżają tak charakterystyczne dla tego miasta taksówki, lśniące kanarkowym kolorem na tle czarnego jak noc tła.
Nie wiem jak przetrwam tą noc. Jest 1:20. Parę godzin temu jedliśmy obrzydliwe słone parówki zagryzane krojonym chlebem z paczki. Zaskakująco dobre jak na kolacje za parę euro zjedzoną na ławce koło dworca. Może dlatego że nie bardzo byliśmy przygotowani na dodatkowe wydatki przed przyjazdem na miejsce i nie czekała na nas ciepła kolacja. Znudzony pstrykam parę fotek. Widzę grupkę nastolatków z których jeden pcha przed sobą wózek sklepowy. Szykuje się zabawa, pomyślałem. Niestety tylko parę razy się odepchnął, przejechał parę metrów wózek postawił przed przejściem dla pieszych. Co za pech, liczyłem na jakąś jazdę bez trzymanki. Znów mijam taksówki pakujące ciągle to nowych pasażerów z przed dworca, w którego budynku siedzi Ania. Zrobiła sobie z ławki prowizoryczne łóżko i stara się, tak jak i ja, przetrwać te łącznie 14 godzin na dworcu. Nikt się nie spodziewał że jeżdżące z częstotliwością samochodów podjeżdżających pod supermarket autobusy od godziny 17 będą zwalone po brzegi. Nam przypadł zaszczyt zajęcia jednych z ostatnich miejsc w autobusie wyjeżdżającym o 7 rano. Zbawieni! Jutro Wigilia. Tylko jeszcze przetrwać noc. ¡Bienvenido en España! Puta madre de carbon*. Na szczęście noc jest ładna a w podróży towarzyszą mi ipod z niezastąpionym polskim rockiem oraz książki od koleżanki A. Jakoś to będzie. Wracam do budynku dworca. Na ławkach drzemią w różnych pozach zmęczeni ludzie. Europejczycy, Afrykanie, Indianie, Azjaci. Istna sałatka. Sądząc po liczbie osób z każdej grupy etnicznej znajduje się z Chinach. Nie wiem skąd tutaj jest tylu Azjatów, ale czuje się zagrożonym gatunkiem. Siadam potulnie na podłodze, zamykam oczy i odpływam myślami do wczorajszej Wigilii i pięknego śniegu który prószył przed wylotem. Piękna ta Barcelona, tylko realia nie koniecznie sprzyjające.






* parafraza hiszpańskiego przekleństwa, użycie "carbon" zamiast "cabron" jest celowe ;)

1 komentarz:

  1. Liczy się wyciąganie wniosków, z każdego jednego doświadczenia, a im one trudniejsze tym lekcja cenniejsza. To tylko bezsensownie zmarnowanych 14h, szkoda ich, ale kto by dziś o tym pamiętał ;)

    OdpowiedzUsuń