- Ustawiaj sobie co parę warstw drewno w poprzek, wtedy Ci się nie będzie sypało. Fakt, ciągle jest z tym problem. Pieczołowicie ustawiona kupka drewna, ostentacyjnie, z łomotem zsypuje się na dół. Posłuchałem cierpliwie rady. Za chwilę jedna przyniósł parę kawałków drewna i ustawił nie tak jak to sobie obmyśliłem. - Dobra - powiedziałem chcąc zaznaczyć teren - poradzę sobie z tym sam. Mieszkanie z rodzicami pod jednym dachem, osobnym chociaż wspólnym, wymaga ciągłego zaznaczania swojego terenu. Dlatego często daje do zrozumienia że nie potrzebuję rad, ale tak żeby nie poczuli się za bardzo urażeni, po czym jednak cichaczem biorę je pod uwagę, jeżeli do mnie trafią. Chociaż w sumie, może czasem trzeba by było się zastanowić czy w ogóle jest po co się upierać przy swoim. I tak w końcu dorobiliśmy się własnego miejsca na drewno i własnej przyczepy pełnej drewna. Miało być już tak samodzielnie i niezależnie, a tu trach! Drewno musi leżakować co najmniej sezon albo dwa i to co przyjechało właśnie, nie nadaje się żeby nim palić. - Tu masz taczkę suchego drewna weź sobie je na górę. Darowana taczka suchego drewna rodziców obaliła moją teorię o niezależności. Oczywiście można zawsze palić mokrym, ale gdzie logika. Wezmę więc taczkę drewna którą załadował mi Tata, ale na pewno tyle samo oddam im mokrego, żeby każdy z nas miało osobny skład drewna! Bo całą niezależność szlag trafi.
Boje się chwili, kiedy nie będzie kto mi miał ładować tego drewna. Znowu z nim dziś nie rozmawiałem - czasem sobie myślę przed snem. To już trzy dni. Jutro na pewno już zajdę na dół zamienić te parę słów. Proszę, żeby jeszcze tylko jutro z nami był. Przecież muszę z nim porozmawiać. Nie pamiętam dokładnie od kiedy, ale od paru lat mam straszną traumę że go zabraknie.Czasem nie ma nawet dnia, żebym o tym nie myślał z przerażeniem. To chyba było wtedy jak Mama zadzwoniła wieczorem z trasy i powiedziała że dziś nie dojadą do domu bo Tata jest zmęczony i przyjadą jutro. Przyjechała sama. Pamiętam jak dziś jak leżeliśmy razem i płakaliśmy. Tata był w szpitalu gdzieś pod Poznaniem. Zmęczenie okazało się zawałem. Na szczęście wrócił potem szczęśliwie do domu. Przerażenie pozostało. Przeraziłem się ostatnio, jak się dowiedziałem że z czwórki przyjaciół którzy byli u nas na weekend, trójka już nie ma Taty. Rak, rak, wypadek. Więc dobijając do trzydziestki, słucham wbrew sobie uwag rodziców i wymieniam taczkę tego przeklętego suchego drewna za taczkę niezależności. Chciałbym ją brać już zawsze.