Dzisiejszy dzień uświadomił mi jedno, Śląsk nie powinien odłączać się od Polski, bo głupio będzie prosić o zapasy jedzenia, prądu i gazu resztę kraju, tak jak prosiliśmy o pomoc w realizacji połączeń kolejowych. Nie wiem co to ma być, głupota, dywersja czy zadufanie, w każdym razie Koleje Śląskie dały ciała na całej linii. Dzisiejsza komunikacja zastępcza w postaci wypasionego autobusu, miała by nawet szansę rehabilitacji za zaistniały stan, niestety opóźnienie w odjeździe i chaos całkowicie zniweczyły moje chwilowe zadowolenie. Jedyne co, to trzeba przyznać że oddali mi bez problemu moje kiepsko zainwestowane 9 zł. Szkoda. KS miały straszny potencjał a jako marka ogromne zaufanie. Prawda jest taka że jako marka są spaleni i będą musieli naprawdę dużo zainwestować w kampanię promocyjną, żeby coś jeszcze z tego było. Rzecz jasna najpierw muszą zacząć jeździć. To je gańba!
Wieczór minął mi całkiem miło. Lubię jak spotykamy się wszyscy razem. Kiedy my zejdziemy na dół, wpadnie brat, są rodzice. Dużo rozmawiamy. Ja z bratem i tatą chyba zawsze najwięcej o aktualnych interesach rodzinnych, a kobiety, jak to ostatnio bywa, o sprawach około ciążowych. Spraw do przedyskutowania jest zawsze sporo. Wcześniej dosyć niespodziewanie zostałem odebrany przez Anię z pracy. Potem szybkie zakupy w celu opanowania opłakanej sytuacji prezentowej. Sytuacja wygląda nieco lepiej, jutro ciąg dalszy. Nie lubię marketów, ale mimo tego było całkiem dobrze.
A w pracy. W pracy ostatnio dosyć spokojnie. Chociaż dalej trochę mi odwalało i nie brakowało dziś chwil pełnych uniesienia i irytacji. Za te ostatnie dosyć porządnie dostało mi się od koleżanki A. Co jak co, ale ochrzan A. będę długo pamiętał! Aż mi w pięty poszło ;p
Chociaż do końca świata jakieś 26h, to w powietrzu wyczuwa się coraz bardziej świąteczny nastrój. Chyba wszyscy myślą że przeżyją. Są zakupy, sprzątanie, walka o urlopy (i czemu ja znowu mam wyrzuty sumienia!?), rozmowy o prezentach. To już mój trzeci koniec świata, już mnie to zaczyna nudzić. Chociaż pamiętam pierwszy z nich. Było to chyba rok 1997, wrzało nuklearnie na linii Waszyngton - Moskwa. Pamiętam jak dziś że byłem świeżo po zapoznaniu się z przepowiedniami Nastrodamusa i leżałem spłakany pod kołdrą, mając chyba nadzieję że pierze ochroni mnie przed zagładą. To było w górach w Koszarawie. Bezcenne wspomnienia ;)
Na dziś czas już kończyć, jutro być może kolejne zwierzenia. Śnijcie słodko i myślcie o sobocie 22 grudnia. Doświadczenie mi mówi że ona jednak nadejdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz