Jak każdego dnia nadeszła noc - idealna pora dla mojego chorego umysłu.
Chociaż, może to on właśnie teraz idzie spać? Musicie wiedzieć że
rozmowa ze mną o tej porze jest dalece niebezpieczna. Szczerze
powiedziawszy sam się siebie o tej porze boję. Zawsze w stanie
otumanienia umysłu spowodowanego zmęczeniem, lub w sytuacji kiedy moje
ciało i umysł znajdują się na granicy jawy i snu, dochodzą we mnie do
głosu myśli, wnioski i przemyślenia które w słoneczny dzień pośród tłumu
śpią w najlepsze. Czasami wydaje mi się że tylko w tych chwilach jestem
tak naprawdę sobą. Cóż się takiego ze mną dzieje? Otóż staje się
niebezpiecznie szczery, moja zdolność odczuwania, współczuwania i
empatii wzrasta 100-krotnie. Przyznaję się przed sobą do uczuć które
zazwyczaj tłamszę w sobie, a wszelkie uczucia we mnie skumulowane są
wyraziste i tak cholernie mocne. To również w pół-śnie wpadam na
najlepsze pomysły, klarują mi się najlepsze wizje. Może psychologia
jakoś wyjaśnia ten stan, ja tłumaczę sobie to tym że umysł zbyt zmęczony
żeby myśleć o prozaicznych czynnościach życia codziennego zaczyna po
prostu dopuszczać do siebie to co szeptem mówi cały dzień. Uczucia.
Teraz nic mnie nie zagłusza, bo brak jest bodźców z zewnątrz. Nic nie
gwałci mojego samopoczucia, nic nie karze, nic nie narzuca. Po prostu
czuje. Co chce, kogo kocham, czego się boje, co powinienem a czego nie.
Wróciłem dziś znów z Anią ze szkoły rodzenia. Celowo nie mówię "z żoną",
bo nie lubię tego słowa, zbyt często ma ono pejoratywny wydźwięk. Nie
pasuje do mojej Ani, naszych uczuć i tego co razem przeżyliśmy. Nie
lubię też "męża". Czasami po prostu tęsknie za czasami
zwykłego bycia razem i narzeczeństwa. Bez tego piiiiii nazewnictwa.
Sic! Wracając do szkoły rodzenia - mimo zmęczenia było całkiem fajnie.
Dowiedziałem się wiele o ćwiczeniach rozciągających, o sposobach
rodzenia, o radzeniu sobie ze skurczami, o oddychaniu. Czym więcej wiem,
tym bardziej nie wyobrażam sobie żeby Ania była sama w tamtej chwili.
Zbyt wiele od faceta zależy. Musi być wsparciem, przypominaczem, a
czasami i nawet podstawką. Ale być musi. Trochę nie wyobrażam sobie też tego że
będę ojcem. To w sumie trochę tak samo tłamszące i obciążające jak bycie mężem.
Chociaż...czekam na to dziecko i w pewnym sensie już je kocham. Ale
jestem pełen obaw, boje się odpowiedzialności. Boję się wielu spraw i na
wiele się cieszę. Jestem rozdarty. Boję się tego że już nie mogę
powiedzieć "nie dam rady". Już tak powiedzieć nie można, trzeba mimo
strachu wejść na ten cholerny dach i wyczyścić komin żeby nie kopciło w
domu. Trzeba zarobić pieniądze żeby dziecko miało wszystko, trzeba poświęcić
czas żeby nie zabrakło bycia razem. Nie chce tego i chce. Czuje się jak
szczeniak. Nie wiem czy się w tym wszystkim odnajdę, czy nie zawiodę.
Jestem trochę przerażony, bo liczyłem na to że posiadanie dziecka nie
zmienia wszystkiego, ale właśnie to wszystko zmienia. Trzeba być chyba
kretynem żeby myśleć inaczej. Tyle...taka mała próbka tego co się ze mną
dzieje po zmroku. Ale jutro wszystkiemu zaprzeczę! Będzie mi może nawet
trochę wstyd. Do połowy uczuć pewnie się nie przyznam. Będę twardy.
każdy się boi... tak po prostu...wspieram:)
OdpowiedzUsuńdzięki :)
OdpowiedzUsuńJa boję się teraz. I nie ma kto ze mnie tego strachu zdjąć, nie ma Ciebie, by Ci o nim opowiedzieć... Czy to nie paradoksalne, że najbardziej w świecie potrzebuję schronić się u Ciebie przed tęsknotą i pustką po Tobie?
OdpowiedzUsuń